sobota, 29 lipca 2017

Assassin's Creed: Templars Volume 1: Black Cross

Scenarzysta: Fred Van Lente
Rysunki: Dennis Calero
Wydawca: Titan Comics
Liczba stron: 128
Data premiery: 03/2016 (#1), 11/2016 (zbiorcze)








Ubisoft rozwija swoją flagową markę w dosyć pazerny sposób, często doprowadzając fanów do płaczu. Jednak jest pole, na którym radzi ona sobie świetnie. Począwszy od tych z Ubi WorkShop, dochodząc do obecnych, wydawanych przez brytyjski Titan. Komiksy sprawdzają się jako wyśmienity nośnik dla serii, na tyle że dostają kolejne historie, tak jak ta która wpadła mi w ręce właśnie teraz. Nie są one niestety wydawane u nas, więc w naszym niegościnnym obcokrajowcom kraju, wizerunek bractwa nie ulegnie szybko ociepleniu. Krytykę szczególnie było widać podczas premiery filmu, gdzie głównym zarzutem stało się wrzucenie za dużo akcji do teraźniejszości. A przecież czasy obecne, w komiksach są równie mocnym akcentem co wspomnienia. 

Przynajmniej tak było do tej pory, bo akcja Templars niemal do końca dzieje się w jednej linii czasowej. I muszę przyznać, że coś może być w tych narzekaniach, bo historia o Black Crossie zdaje się oczarowywać widza od pierwszej chwili. Niezgłębiony świat zakonu, uważanego za ten gorszy, wreszcie stanął przed nami otworem. Nie jest on skrępowany asasynami, tak jak to było np. w odsłonie gry o podtytule Rogue. Skrytobójców w tej historii nie uświadczymy. Są oni co najwyżej wspominani. Mamy więc akcję, pozbawioną elementów mogących przerywać fabułę. A co najważniejsze, mamy dobrze napisanych bohaterów.



Tytuł sugeruje, że Black Cross jest w centrum historii. Choć tak nie jest, to właśnie ta postać skrada całą uwagę. Nie jest to imię. Mamy tu wprowadzone pewne elementy ze świata superhero. Black Cross to zamaskowany cyngiel Templariuszy. Przypomina trochę takie postacie jak Shadow, Spirit, czy Azraela. Elitarny zabójca, którego Wielki Mistrz posyła, tam gdzie pojawia się kryzys i trzeba go dyskretnie rozwiązać. Działa on w sferze legend, bo tak naprawdę nie wiadomo czy w ogóle istnieje, czy to po prostu bajeczka żeby straszyć niepokornych wspólników, by czasem nie przyszło im do głowy zdradzić zakonu. Jedno jest pewne, jeśli ktoś dostarczy Wam kartę z czarnym krzyżem, to macie przechlapane. 

Black Cross nie jest głównym bohaterem komiksu. Jest nim Darrius Gift. Już na wstępie poznajemy jakie ma powiązania z tytułowym zabójcą. Są one niczym tykająca bomba. Postać templariusza jednak ma inne zmartwienia. Darrius został oddelegowany na misję przez samego Wielkiego Mistrza, który dał mu szansę przywrócić dobre imię jego rodu, splamione przez zbyt pewnego siebie ojca. Problem w tym, że odwaga to jest coś co Darriusowi jest obce. Jest to koleś, który chciałby dokończyć studia, lecz przez machlojki ojca zabrakło pieniędzy w rodzinie. Mimo to podejmuje się on ważnej misji, w której musi dostarczyć pewną przesyłkę, do dalekiego kraju, ryżem i miodem płynącym...

Szanghai, rok 1927. Fascynujący okres. Chciałoby się zobaczyć go w grach. Na razie to sobie tylko pomarzyć możemy. Chiny w XV wieku pojawiły się tylko w platformówce z serii Assassin's Creed Chronicles, lecz tu mamy ciekawszy etap czasu, dziejący się mniej niż wiek temu. Toż to prawie współczesność, choć brak tam jeszcze nowych technologii. Miasto okazuje się ogromne i pełne pokus. Nic więc dziwnego, że Darrius zostaje zmanipulowany i traci cenną paczkę. Cud, że żyje. Na szczęście Black Cross nad nim czuwał. Pokazano nam tu skrajnie różne postacie i domyślacie się, że będą one egzystować w obcym, rządzonym przez mafię kraju, który nie za bardzo chce oddać się w ręce Templariuszy. Darrius nie raz dostanie po tyłku, a Black Cross skopie nie jednego zadka. 

Black Cross by Darth Destructor
Każdy rozdział jest wprowadzany stroną tytułową, której design stylizowany jest na kod animusa/helixa. Tak subtelnie daje nam się do zrozumienia, że oglądamy wspomnienia. Jednak ważniejsze staje się to w jakie sposób są nam ukazywane. Jak pewnie zdążyliście zobaczyć na screenach, grafika wygląda... dziwnie. Takie jest pierwsze wrażenie. Jednak każde kolejne spojrzenie pozwala nam dostrzec piękno noirowskiego stylu stworzonego, przez Dennisa Calero, który nie bawi się w szczegóły, a stara się odwzorować klimat towarzyszący latom 20-stym ubiegłego wieku. Choć kartki zeszytu okazują się być oszczędne, to nasze poczucie gustu bardzo mocno dopieszczone. Czegoś takiego jeszcze nie było w komiksach z serii, uznaję eksperyment za udany. Cieszę się, że fabuła uchwycona z innej strony nie była jedyną nowością, a warstwa artystyczna dostarczyła tutaj dodatkowo malowniczych wrażeń. 

Nie muszę mówić, że dla fana serii to kolejna pozycja obowiązkowa. To już wiecie. Warto poznać lepiej Templariuszy. Nie warto odmawiać sobie wizyty w Chinach. I poważnego powiewu świeżości. Black Cross jest kolejnym elementem układanki. Komiksowe uniwersum AC zdaje się do czegoś prowadzić, tym bardziej nie sposób odmówić sobie poznania ważnego kawałka większego tortu. 

Ocena: 9/10

Ciekawostki:

Wątki w teraźniejszości ukazane na końcu komiksu, mają związek z historią przedstawioną w Assassin's Creed: Brahman