piątek, 6 lipca 2018

The Awesome Adventures of Captain Spirit

Developer: Dontnod
Wydawca: Square Enix
Data premiery: 06/2018
Platformy: PS4, XOne, Windows





Bardzo infantylny chłopiec, który najwyraźniej nie widział nigdy Kick-Assa - to pierwsze co się rzuca w oczy po obejrzeniu jakiś materiałów promocyjnych. Infantylne tytuły to takie stare nerdy jak ja omijają z daleka. Wystarczy jednak dopisek, że gra dzieje się w uniwersum Life is Strange i łykam ją choćby dano mi całe przedszkole. To Life is Strange, gdzie w epickim stylu Chloe i Max przedzierały się przez czas i przestrzeń, zachowując jednocześnie swoją realność codziennego życia. Kapitan Spirit zmienia klimaty. Podążamy inną ścieżką, mającą wywołać w nas dziecięcą nostalgię i pokazującą siłę wyobraźni.

Schemat sterowania jest bardzo podobny do tego co znamy. Nie jest to jednak epizodyczna przygodówka. Wszystko co się dzieje ma miejsce w jeden dzień, w tym samym miejscu. Na szybko można by przejść grę w godzinę. Musiałem jednak zrobić wszystko i sprawdzić wszystko, więc zajęło mi to całe 2 godziny. Mówimy tu o grze dostępnej w postaci dema, tak więc dwie godziny przyzwoitego produktu to nie jest zmarnowany czas. Ma to nas oczywiście zachęcić do sięgnięcia po sequel Life is Strange i jest to promocja lepsza niż te w marketach. Twórcy nie powinni się martwić, bo po kontynuację ich dzieła każdy obowiązkowo sięgnie. Po prolog z przygodami Chrisa również.
Chłopiec jest fanem superbohaterów i na starcie pomagamy mu stworzyć siebie. Decyzje jakie elementy stroju wybierzemy nie będą miały wpływu na fabułę, zmieni się potem co najwyżej lista elementów do zebrania, czyli niezbyt istotne sprawy. Pasja Chrisa staje się tutaj ważna. Ma on to po... matce. O powiązaniach z rodzicami będzie cała fabuła, której nie będę kreślił z wiadomych powodów. Oceniając jednak wrzucone elementy, widzę że kierowano się tu trafieniem w emocje komiksowych nerdów, dla których obcowanie z tytułem będzie miało dodatkowego smaczka. W końcu dlatego daję tutaj jego recenzję, bo jest to piękny hołd w stronę powieści graficznych.

Większość czasu gry będziemy badać otoczenie i oglądać przerywniki. Brak supermocy sprawia, że gra to rasowy walking sim, co oznacza że mamy tylko jedno zadanie: chłonąć klimat i przekazywaną nam historię. Tak się właśnie dzieje. Eksplorując dom odkrywamy kolejne elementy opowieści. Wiele rzeczy możemy ominąć, jednak nie po to sięga się po taką grę, żeby ją jak najszybciej skończyć. Delektujemy się kolejnymi znalezionymi materiałami, dodając sobie kolejne części układanki i wykonujemy zadania jakie sobie wyznaczył do zrobienia Chris. W ten sposób skomplikowana więź z ojcem staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Poruszane są trudne tematy, więc nie ma tu za dużo do myślenia. Najtrudniejsza rzecz jest związana z ukrytym skarbem, lecz gdy uważnie obserwujemy otoczenie nie będziemy mieli żadnych problemów żeby znaleźć wszystkie tropy. 

Klimat gry jest dziwny. Mała mieścina, totalne zadupie i zima. Wyobraźcie sobie takie miasteczko Twin Peaks (którym to już inspirowano się przy poprzedniej grze), tylko zamiast gęstej zieleni mamy wszędzie surową biel. Do tego wyobraźcie sobie domek na peryferiach takiej dziury. Ten niewielki obszar w pełni wystarcza żeby przekazać nam wzruszającą opowieść. Według mnie śnieg odbiera trochę klimatu, lecz z drugiej strony nadaje produkcji własnego charakteru. Jest zima, to zdawałoby się że powinno czuć się okres przedświąteczny, lecz gra przedstawiona oczami małego Chrisa robi to w swoim stylu. To jest właśnie w niej piękne, że wiele rzeczy można wyczytać z otoczenia. 

Muzycznie jest jak zwykle na wysokim poziomie. Wybrano kawałki mające podkreślać emocjonalność i świetnie współpracujące z przekazywanym obrazem, choćby w zakończeniu. Wraz z upływającą historią wymyślałem sobie w głowie co raz bardziej odjechane finały, które miałyby wycisnąć we mnie łzy. Twórcy zapewne też myśleli tak jak ja, więc zakończyli grę po swojemu i tak udanie powodując we mnie przypływ wzruszenia. Nie mówiąc już dalszych przemyśleniach tego co się widziało i jakie to będzie miało rozwinięcie. Dałem się wciągnąć i bez wahania wyciągnę gotówkę we właściwym momencie, mimo że gra choć nie do końca jest awesome to na pewno very good. 

Ocena: 8/10

Ciekawostki:

  • W salonie na półce możemy znaleźć album stworzony przez Marka Jeffersona, nauczyciela z  Blackwell. 
  • W garażu znajdziemy dokument z Blackwell, który również łączy fabuły obu gier. 
  • Ulubiona książka Chrisa przedstawia kurczaka, którego to wcześniej widzieliśmy na piżamie Max. 
  • Antropomorficzny hot dog zwany jako Hawt Dawg Man pojawił się wielokrotnie w pierwszej grze jak i prequelu Before The Storm. Jest to ważna franczyza w tym uniwersum.

sobota, 23 czerwca 2018

Wiedźmin: Klątwa Kruków

Scenariusz: Paul Tobin, Borys Pugacz-Maraszkiewicz, Karolina Stachyra
Rysunki: Piotr Kowalski
Wydawca: Dark Horse
Polski wydawca: Egmont
Data premiery: 08/2016 (#1), 05/2017 (zbiorcze)
Data premiery w Polsce: 08/2017
Liczba stron: 128
Poprzedni tom: Wiedźmin: Dzieci Lisicy




Biała okładka, taka jakaś dziwna. Pozbawiona elementów mrocznej fantastyki i totalnie nie podobna do poprzednich tomów. Zupełnie mnie nie ujęła i już obrazek przedstawiający miasto z tyłu tomu bardziej by mi pasował na front wydania. Jednak wszystko tu jest przemyślane. Choć jeszcze nie zdążyłem pograć w Wiedźmina (ale wstyd), to jest w tym sens. Dwie panny widoczne na okładce to przecież dobrze znane Yennefer i Ciri. I na to właśnie spojrzy fan gry, po czym wyjmie pieniążki z portfela i zawyje z zachwytu.

Poprzednie komiksy były tak zrobione, że można było je uznać za część świata gier, ale również książek lub w ogóle nie uznawać ich za bycie częścią żadnego z tych mediów, a nawet kolejnym uniwersum. To było dziwne, gdyż historie powstały na licencji CD Project, więc z miejsca powinny kojarzyć się z grą. Jednak wydarzenia z kart powieści graficznych z grami łączy dopiero historia o klątwie kruków. Design postaci od razu mówi nam, że są to Ci bohaterowie z gier.

piątek, 11 maja 2018

Injustice 2: Legendary Edition

Developer: Neather Realm
Wydawca: Warner Bros. Interactive
Polski wydawca: Cenega
Data premiery: 05/2017 (standard), 03/18 (Legendary)
Platformy: PS4, X360, PC







Współczesne bijatyki bardzo ucierpiały. Gry jako usługi to już nie są trendy, to rzeczywistość. Niepełnowartościowy tytuł, który po premierze jest bombardowany dodatkami to standard. Największą ofiarą okazują się właśnie mordobicia, których to wydawcy w przenośni biją po mordach klientów, a realnie po kieszeni naciągając na kolejne DLC. Nie inaczej jest z serią Injustice. Fani jednak się nauczyli i poczekali do premiery wersji rozszerzonej? Nie chciałbym nikogo osądzać. Sam sumienie mam czyste. Czy aby na pewno?

Edycja Legendary to koszt 200 zł. Zupełnie jak za nówkę w dniu premiery. Jednak jako redaktor bloga, którego może ktoś tam czyta, nie mogłem zawieść swoich czytelników. Wyciągnąłem banknoty ze skarbonki i czekałem na przesyłkę z metalowym pudełeczkiem. Tak, czułem się trochę wydymany, a miało mi to wynagrodzić wydanie zawierające stalowy box ze złotą monetą w środku (która jest naprawdę niepotrzebnym śmieciem) i jakimiś wirtualnymi monetami (to ewentualnie się przyda). Do zestawu dołożono także kod na cyfrową wersję komiksu wprowadzającego do gry. Injustice to tytuł, który kupuje się raz a powinien starczyć na lata. Dlatego warto było odłożyć zakup do czasu ukazania się kompletnej edycji. Jednak jeśli nie macie parcia, to poczekajcie jeszcze chwilę aż pojawią się normalne wydania za trochę przyzwoitsze pieniądze.